Baner

Slideshow Image 1 Slideshow Image 2 Slideshow Image 3 slideshow slideshow slideshow slideshow
"Przygoda szuka tylko tych, którzy pozwalają ponieść się jej w bezkresną i niewiadomą dal..." - Karol Waszkiewicz

wtorek, 11 lipca 2017

5 europejskich krajów w 12 dni - pierwsze wrażenia po powrocie.



W ową podróż wybrałem się z kolegą Marcinem z Krakowa. Znamy się od dawna ale, co ciekawe... nigdy nie widzieliśmy się na żywo, w realu. Były nieraz przymiarki żeby coś, gdzieś... ale jak zwykle nic nigdy nie wyszło. Marcin od zawsze miał problemy z kolanami i jako jeden z nielicznych, znanych mi osób nie śmiał się gdy parę lat temu zaproponowałem mu moją cudowną dietę. Mało tego, nie dość, że się nie śmiał, to ją zastosował ;-) Podobno mu pomogła. Jak coś to o szczegóły jego pytajcie, zapewne odezwie się gdy to przeczyta, a na pewno przeczyta :-)
Tak więc nasza wspólna podróż to była taka... swego rodzaju randka w ciemno. Jacek Kawalec w słynnym niegdyś programie w TVP przepytywał randkowiczów... jak było. Większość zgodnie odpowiadała, że... było fajnie. Mnie co prawda telewizja wakacji nie sponsorowała, ale też było fajnie, a czy będą z tego owoce w postaci kolejnych wspólnych wyjazdów ? - czas pokaże :-)


 Ten typ od okna to ja :-)

Austria


Kraj ten odwiedziłem już raz przy okazji wyprawy z 2013 roku, także ogólnie wiedziałem czego się spodziewać. Infrastruktura rowerowa niezmiennie na wysokim poziomie. Austriacy, podobnie zresztą jak i Niemcy dbają o nas. Wszędzie bardzo dobrze utrzymane ścieżki rowerowe o różnej nawierzchni - choć przyznać muszę, że gdy jadę z sakwami to nawet te najlepsze, często mnie wkurzają, zwłaszcza w miastach. Na każdym kroku rowerowe parkingi z ławeczkami, stołem, koszem na śmieci, a nawet kranem z czystą, pitną wodą. Po prostu żyć nie umierać :-)
W Austrii w niedzielę wszystkie sklepy są pozamykane. Miejcie to na uwadze wybierając się tam.

 Wszystko czego strudzony drogą sakwiarz potrzebuje - jest. No ale gdybym już koniecznie miał się do czegoś czepić, to ta beczka na drugim planie mogłaby być pełna :-)

 

Słowenia


Pierwszy z krajów po byłej Jugosławii i mój pierwszy debiut tutaj. Kraj jak kraj, powiem nawet, że czułem się w nim prawie jak w Polsce... albo gdzieś u pepików. Język względnie zrozumiały, czasem prościej było zagadać coś po Polsku niż produkować się w innych :-) Walutą jest euro, więc od tej strony też wygodnie, a ceny zbliżone do naszych. Gorzej niestety Słowenia wypada od strony rowerowej. Ścieżki owszem są, a wiedzieliśmy o tym i z nich korzystaliśmy bo Marcin dysponuje nawigacją rowerową i ta wszędzie wypychała właśnie na nie. Ma to swoje plusy i minusy. Plusem jest niewątpliwie znikomy albo wręcz zerowy ruch samochodowy na rowerowych trasach. Niestety, w górzystej Słowenii na lokalnych drogach wyjątkowo często napotykaliśmy bardzo strome podjazdy. Słoweńcy nie pomyśleli jednak o zorganizowaniu miejsc postoju. Podobnie sytuacja przedstawia się na głównych drogach. Żeby zatrzymać się w cieniu i odpocząć, ewentualnie posilić się, trzeba po prostu improwizować. Tak jak na zdjęciu poniżej...



Włochy


Italię brzydko mówiąc zaliczyliśmy głównie po to, żeby można było z dumą mówić o pięciu krajach w dwanaście dni, a nie czterech :-) Ta część półwyspu należąca do Włoch to przedsmak Istrii. Największe włoskie miasto w tej części to Triest i oczywiście zjechaliśmy do niego dość krętymi i stromymi serpentynami. W samym mieście typowy włoski rwetes, ale już na nabrzeżu spokojniej. Mnóstwo zacumowanych łódek no i pierwszy od startu kontakt z morzem :-)

   Ulica Triestu.

Port z widokiem na miasto.

Chorwacja


Pierwsze zetknięcie się z tym krajem to... kontrola graniczna. Chorwacja co prawda przystąpiła do Unii Europejskiej w 2013 roku, ale nie należy jeszcze do strefy Schengen. Była to jednak tylko krótka formalność i po chwili ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejnym dość nieprzyjemnym doświadczeniem przy granicy były całe roje muszek, które ni stąd ni zowąd wyległy wprost na nas. Muszki trochę się i mnie "czepiały", ale nie wiedzieć czemu najbardziej obsiadły sakwy Marcina. Czyżby wywęszyły coś smakowitego ???
Chorwacja i należąca do niej Istria to cel naszej podróży, więc delektujemy się widokami. Im dalej na południe tym klimat surowszy, ziemia spalona, a koryta rzek suche. Ciekawym doświadczeniem były tutejsze świerszcze czy tam cykady... jak zwał tak zwał. Brzmią zupełnie inaczej niż nasze rodzime świerszcze i są dużo, dużo głośniejsze. Często dają wspólne koncerty, a wtedy hałas potęguje się jeszcze bardziej.
Miejsc do bezpiecznego zatrzymania się, parkingów i ławek tu też niestety brakuje. Pozostają przystanki autobusowe, krawężniki, albo... przydrożne knajpy.

 Granica włosko-chorwacka.

Muszki na sakwach Marcina.

 Worki z lodem dla ochłody.

Plomin, chorwacki fiord.




Węgry


Ostatni kraj na mojej trasie. Tu na wjeździe również kontrola graniczna. Gruby policjant kazał mi zdjąć kask i okulary po czym dłuższą chwilę porównywał moją facjatę ze zdjęciem w dowodzie. A jedno i drugie znacząco się różni. Zdjęcie w dowodzie pochodzi jeszcze z czasów kiedy nie byłem brodaczem :-) Wprawne oko węgierskiego misiaka pomimo różnic rozpoznało, że ja to ja i mogłem ruszać w dalszą podróż. Węgry to raj dla tych co nie lubią gór. Od granicy z Chorwacją i przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów jeszcze są niewielkie wzniesienia, ale dalej robi się już całkiem płasko.
Niestety po raz kolejny muszę się powtórzyć... Węgrzy też nie wynaleźli jeszcze parkingów z odpowiednim zapleczem. Niby nie koniec świata i byłem na to przygotowany, ale czasem, po tylu pokonanych kilometrach irytowało mnie to. Zwłaszcza jak musiałem odpoczywać na stojąco :/ Czasem by wygodnie odsapnąć kombinowałem... Raz wypatrzyłem niewielki zajazd, prymitywny w swojej formie bo urządzony w obskurnym baraku.  Miał jednak cudownie wygodne ławki na zewnątrz w cieniu drzew. Zajechałem ze szczerym zamiarem kupienia sobie czegoś. Nie miałem jednak forintów, a nie przypuszczałem by w czymś takim była możliwość zapłaty kartą. Nie myliłem się... :-) To był taki chytry wybieg z mojej strony, by gość za ladą nie myślał, że się rozsiadam, a nic nie chcę kupić. Chciałem, naprawdę... ale nie było jak. Tak więc rozwaliłem się wygodnie na ławce, delektując się chwilą, ale... chyba niezbyt dobrze wyglądałem bo po chwili otrzymałem gratis od firmy dużą, piwną szklanicę lodowatej, gazowanej wody :-) Ta zimność była najwspanialsza :-)



Przed tą wyprawą najbardziej obawiałem się straszliwych upałów, którymi niektórzy mnie straszyli. Nigdy wcześniej nie podróżowałem w środku lata w tym regionie Europy. Jak się szybko okazało, nie taki diabeł straszny. Całkiem przyzwoicie je znosiłem, czego niestety nie mogę powiedzieć o Marcinie. Słoneczko wyraźnie mu nie służyło czemu dawał czasem bardzo dobitny wyraz.

 Gęba czerwona i ociekająca potem zdradza warunki w jakich przyszło pedałować, ale fizycznie dobrze mi się jechało.

 Marcin czasem miał ochotę... już nigdzie dalej nie jechać.


Treść była ciekawa ? Podziel się:


4 komentarze:

  1. No toś mnie przedstawił - zdechniętego po podjeździe w Słowenii i zdechniętego od słońca w Chorwacji :) Ale to fakt, o ile podjazd można było zrobić powoli lub wręcz pchając rower a potem odpocząć, to już ze słońcem nie dało się sprytnie pokombinować. Polewanie się wodą z bidonów, które zawsze u mnie działało, tym razem nie do końca pomogło, bo woda w bidonach prawie zagotowana :) Nauka na przyszłość, aby nie jechać w tamte regiony w środku lata, jeśli się słabo znosi nadmierne temperatury. Same temperatury były jakieś ekstremalne o czym mówili nam tubylcy zarówno w Słowenii, jak i Chorwacji - jakaś anomalia pogodowa, jakiej nie było od lat. Trochę żałuję, że odpadłem w Chorwacji, ale kolejny dzień podjazdów w tych górach chyba by się skończył dla mnie źle, a tak miałem jeden dzionek, podczas którego wymoczyłem gruby tyłek w Adriatyku :)
    Ogólnie jednak uważam, że wyprawa była bardzo fajna i z pewnością jest co wspominać. Dzięki za wspólna podróż. Mam nadzieję, że to nie ostatnia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przesadzaj Marcin :) Zdjęcie na którym uchwyciłem Twoją niedolę jest prawdziwe, niepozowane i genialne. A wstydzić tu nie ma się czego. Niech się wstydzą ci, którym brak odwagi by w ogóle ruszyć dupę.
      Kryzys ludzka rzecz - każdy go miewa.

      Usuń
  2. Bardzo fajna publikacja, szczególnie, że we wszystkich wymienionych krajach byłem, spędziłem mniej lub więcej czasu i o każdym mogę rzucić słowo. Nic dziwnego, że temperatura was złamała - jak byłem w okolicach tej szerokości geograficznej (De la Vinio niedaleko Rzymu) w lecie 7 lat temu to nawet miejscowi mdleli w środku dnia. Jak raz wyszliśmy na miasto (spaliśmy do 12, coś przekąsiliśmy i ogień) w okolicach wczesnego popołudnia, to po pierwsze oparzenia 2 stopnia nawet z kremem z filtrem 40, zero ludzi, wszystkie knajpy zamknięte - miasto duchów. Siesta i tyle. A ludzie na ulicach dopiero w nocy. I'm lovin' it.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pawła temperatura nie złamała. Wiadomo - lekko nie było i woda szła litrami, ale nie poddał się i dał radę zrobić całą trasę zgodnie z planem, za co należy mu się szacun.
      U mnie zbędne 30 kg tłuszczowej osłony ciała zrobiło złą robotę - ona przydaje się tylko w zimie :)

      Usuń

Dzięki za komentarz :-)
Uwaga ! Na blogu działa spamowstrzymywacz (spam = linki do stron komercyjnych, komentarze typu "wspaniała stronka, zajrzyj na moją WWW", zaproszenia do udziału w konkursie itp.).