Baner

Slideshow Image 1 Slideshow Image 2 Slideshow Image 3 slideshow slideshow slideshow slideshow
"Przygoda szuka tylko tych, którzy pozwalają ponieść się jej w bezkresną i niewiadomą dal..." - Karol Waszkiewicz

piątek, 30 września 2016

Zachodnia ściana Polski - złe dobrego początki.




Z pociągu po przeszło 12 godzinach podróży wysiadłem o 17.30 - nareszcie !!! Plan na najbliższe dni - dojechać wzdłuż naszej zachodniej granicy do Szczecina, a jeszcze lepiej nad morze. Nie miałem natomiast ścisłego planu co do samej trasy, jedynie kilka miejsc zapisanych w głowie i w notesie, bo głowa już stara i czasem szwankuje. Lubię jeździć spontanicznie i nie inaczej miało być tym razem - zobaczymy gdzie zaprowadzi mnie droga i los.
To co bezwzględnie musiałem zaplanować to miejsce startu. A było ono uzależnione od przewoźnika, czyli  Polskich Kolei Państwowych. Szczęśliwie udało mi się wyszukać połączenie z Żaganiem. Szczęśliwie, bo chciałem zacząć właśnie z tego miejsca. Po pierwsze, bo byłem tu już rok temu i ogólnie miło wspominam Żagań. Po drugie, bo będąc tu nie miałem okazji zwiedzić dworca PKP. Żagański dworzec niczym szczególnym się co prawda nie wyróżnia, ale chciałem go zobaczyć z innego powodu.
72 lata temu miała tu miejsce śmiała ucieczka alianckich lotników z obozu Stalag Luft III. Niektórzy z nich właśnie pociągami kontynuowali swoją ucieczkę. Chciałem choć trochę poczuć się jak oni... Zobaczyć to samo co oni... - a jest to jak najbardziej realne, bo budynek dworcowy powstał jeszcze przed I Wojną Światową w roku 1913. Wówczas na żagańskim węźle krzyżowało się aż siedem linii kolejowych. W ciągu doby przez stację przejeżdżało 200 pociągów. W czasach świetności działały tu dwie restauracje, fryzjer, kiosk i sklepiki, a obok była poczta - dworzec tętnił życiem. Dziś po tym wszystkim pozostało wspomnienie. Żagańska stacja popada w coraz większą ruinę.

  
  Z dwustu pociągów, które przejeżdżały tędy w czasach świetności stacji, rozkład jazdy skurczył się do zaledwie kilku pociągów dziennie.  

Dawna świetność żagańskiego dworca przeminęła...

...dziś zionie tu pustką. Przypomniał mi się opuszczony poradziecki szpital w Legnicy gdy zobaczyłem ten ponury widok. 

 Dworzec kolejowy w Żaganiu z 1913 roku - niemy świadek niezwykłych wydarzeń.               źródło

Przed dworcem... chciałoby się powiedzieć: z tłumu podróżnych (w rzeczywistości byłem jedynym, który   wysiadł w Żaganiu z pociągu relacji Legnica - Żary) wyłowił mnie taksiarz. Nie wiem na kogo tam czekał, bo było kompletnie pusto. Tylko ja i On. Musiałem swoim pojawieniem się wywołać spore zamieszanie :-) do tego rozglądałem się dookoła próbując obrać właściwy azymut.

- czego kolego szukasz...
- chcę się wydostać na Żary - poinformowałem - i ogólnie będę chciał znaleźć jakieś dobre lokum na noc bo pada.
- tu w centrum jest hotel, mogę cię zawieźć
- jeżeli to coś nazywa się hotel, to raczej nie będzie mnie na niego stać - odpowiedziałem.
- nie jest taki drogi. Ostatnio wiozłem tam klienta i przy mnie recepcjonistka oznajmiła, że doba kosztuje 50 zł.

Faktycznie, jak na HOTEL cena nie była wygórowana. Mogłem się skusić, ale była dopiero 17.30. Do zmierzchu jeszcze pozostało dobre 2 godziny. Zdążę kawałek drogi przejechać, a i na pewno jakiś dach nad głową jeszcze się trafi. Pan Zbyszek ze srebrnej taksówki widząc obładowany rower zainteresował się moją podróżą. Z grubsza opowiedziałem mu co i jak i dodałem, że pierwszym przystankiem ma być Łęknica na granicy polsko - niemieckiej. 

- Łęknica, Łęknica... ??? - mój rozmówca nagle ożywił się na dźwięk tego słowa  - w Łęknicy są dziewczynki - przebąknął mi z szelmowskim uśmieszkiem.

- dzięki za tak cenną informację, ale dziewczynki nie są mi do szczęścia potrzebne. Teraz zdecydowanie bardziej przydałby się jednak ten dach nad głową.

Na tym nasza konwersacja się zakończyła i ruszyłem z swoją stronę. Już praktycznie za miastem, na wylotówce dostrzegłem żagańską jednostkę wojskową. Na jej teren właśnie wjeżdżała ciężarówka z naczepą, a na niej...    Rudy 102.


Okazało się, że w Żaganiu właśnie zakończył się jarmark św. Michała połączony ze świętem Czarnej Dywizji, natomiast Rudy, nie bez przyczyny robił za eksponat. Starsi mieszkańcy Żagania pamiętają jak w 1965 roku kręcono tu sceny do kultowego już serialu "Czterej pancerni i pies".

- sprawny ?... czy tylko atrapa ? - zapytałem młodego szweja stojącego przy bramie.
- sprawny, sprawny...

To dobra wiadomość. Jeżdżących T-34 zachowało się bardzo mało. Chwilę pogadaliśmy po czym stojący obok starszy rangą szwej kazał mi chować aparat i się wynosić.

Na szczęście opady nie były intensywne, toteż nie musiałem się od stóp do głów przebierać w nieprzemakalne. Inna rzecz, to rozbijanie się na dziko w takich warunkach. Z racji, że wszystko dookoła było mokre i z nieba mokre leciało, nie miałem zbytnio ochoty na taki biwak. Problem w tym, że z minuty na minutę miałem coraz mniej czasu - robiło się ciemno. Teraz wiem, że zacząłem za bardzo kombinować.

Może jakaś stodółka ?... może jakiś pustostan ?... może jakaś ambona w lesie ? - nawet jedną oglądałem, jednak była tak spróchniała, że bałem się, iż zawali się pod moim ciężarem, kiedy na nią wejdę. W tych warunkach nie pogardziłbym nawet mostem - zdarzało mi się spać pod mostami i miło wspominam. Grunt żeby mieć kawałek tego dachu nad głową i nie musieć rozbijać tego cholernego biwaku pod chmurką. Pół biedy jeżeli następnego dnia jest piękna pogoda i świeci słońce - wtedy wszystko można na spokojnie wysuszyć. Gorzej jeżeli następny dzień  również ma być deszczowy. Miałem niestety wgląd w prognozę  i następny dzień właśnie nie zapowiadał się dobrze. Kombinowałem jak koń pod górę, ale niewiele z tego kombinowania wychodziło. Jeżdżąc w ten sposób - na żywioł, nie da się ot tak, klasnąć w dłonie i wyczarować wymarzony nocleg. Jest się zdanym na łaskę i niełaskę losu.

Tymczasem było już całkowicie ciemno. W takich warunkach miałem już znikome szanse na znalezienie czegokolwiek. Odpaliłem moją archaiczną Venturę sprzed parunastu lat, ale światła dawała tyle co kot napłakał.
A mówił mi Szymon z Twój Rower Radom przed wyjazdem:

- weź sobie porządnego Mactronika...!
-  no po co ???... przecież stara lampa też świeci.

Nie mam w zwyczaju wymieniać rzeczy, które nadal spełniają swoją funkcję. Nie jestem gadżeciarzem, ale w tym przypadku chyba jednak pójdę po rozum do głowy :-)

Tak więc świecić coś tam świeciła, ale ze skutecznością tego świecenia byłem jak dziecko we mgle. Zjechałem z głównej szosy chcąc nieco skrócić sobie drogę, ale to był średnio udany pomysł. Po pierwsze pogorszyła się droga w związku z czym musiałem ograniczyć prędkość. Trafiały się spore dziury i bałem się, że w którąś wpadnę. Po drugie, boczna droga była znacznie gorzej oznakowana. Musiałem na okrągło studiować mapę by nie pobłądzić. Po trzecie wreszcie,  wpakowałem się w zabite dechami wsie, gdzie miejscowe burki urządziły sobie polowanie na mnie.

Minęła godzina 20 - ciemno, a do Łęknicy według mapy pozostało mi jakieś dwadzieścia parę kilometrów. Szukanie o tej porze przychylnego gospodarza odpadało. Praktycznie wszyscy siedzieli już w swoich domach, a mam zasadę, że do drzwi nie pukam. Mogłem jedynie obserwować światła w oknach i krzątających się mieszkańców.

To ten moment, kiedy nic nie wychodzi i nagle zaczynasz wszystkiego żałować:
- po cholerę mi to wszystko !... ten rower, podróże... i ten blog !... po cholerę ?
- siedziałbym teraz jak lord w domu i oglądał "Mam Talent"...  a tak  pałętam się jak bezdomny... ! #$%&:-(

Na drogi wyległy żaby, widziałem ich kontury. Mijałem je czasem w ostatniej chwili, na centymetry. Na szczęście żadnej nie rozjechałem. Było też coś większego, co kształtem przypominało jeża. Normalnie zatrzymałbym się, by przegonić z drogi stworzenie, ale w tej sytuacji w której się sam znalazłem, nie miałem na to najmniejszej ochoty i czasu.
Każdorazowo kiedy dojeżdżałem do jakiejś oznaczonej krzyżówki czy tablicy z nazwą miejscowości musiałem zdejmować lampkę z uchwytu na kierownicy i ręcznie oświetlać znak. Inaczej nic nie było widać. 

Zdałem sobie sprawę, że jedyną moją nadzieją na sensowny nocleg jest docelowa Łęknica. Nie mogę przecież jechać przez całą noc. Tam są te kolorowe jeziorka o których czytałem - jakby nie patrzeć atrakcja turystyczna, więc i kwatery powinny jakieś być. Wiedziałem też, że muszę tam dojechać  o znośnej porze, chociaż przed 22, więc czas gonił.

Tylko czy moje przypuszczenia się sprawdzą ?...


Treść była ciekawa ? Podziel się:

3 komentarze:

  1. Znamy to znamy, dlatego jeździmy że swoim namiotem.Wtedy potrzebny tylko kawałek łąki za krzaczkami.

    OdpowiedzUsuń
  2. Eh, przy odrobinie szczęścia mókłbym tam razem z Tobą, ale nie zawsze jest tak jakbyśmy chcieli :/
    Gdzie pozostała część relacji? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie, będzie. Telenowela w odcinkach leci :)

      Usuń

Dzięki za komentarz :-)
Uwaga ! Na blogu działa spamowstrzymywacz (spam = linki do stron komercyjnych, komentarze typu "wspaniała stronka, zajrzyj na moją WWW", zaproszenia do udziału w konkursie itp.).