Baner

Slideshow Image 1 Slideshow Image 2 Slideshow Image 3 slideshow slideshow slideshow slideshow
"Przygoda szuka tylko tych, którzy pozwalają ponieść się jej w bezkresną i niewiadomą dal..." - Karol Waszkiewicz

sobota, 19 grudnia 2015

O tym jak włóczyłem się po lesie szukając ... cementu :)



Uwielbiam rowerowe wypady m.in. za stan umysłu w jaki mnie wprowadzają. Że nie jestem w stanie absolutnie niczego przewidzieć. W domu wszystko jest oczywiste, każdy krok, każda droga i każdy kamień są nam znane. W podróży wszystko jest niewiadomą. Czy szlak którym jadę jest dobry ? Co jest za kolejnym zakrętem ? Gdzie wieczorem będę spał ? Czy spotkam na swej drodze ludzi dobrych czy może seryjnego mordercę ? Każdego dnia prowadzi mnie los i wierzę, że ten los będzie łaskawy. Oczywiście myślę pozytywnie i polegam na własnym instynkcie. Inaczej nie ruszyłbym się z domu na krok.

W drodze zawsze zakładam, że noclegu będę szukał u dobrych ludzi, oczywiście  w porozumieniu z głosem wewnętrznym czyli wspomnianym instynktem, ewentualnie na dziko. Ale co zrobić jeżeli noc zastanie w takim np: Karpaczu ? Ciężka sprawa, zważywszy że Karpacz to turystyczna maszynka do zarabiania pieniędzy na wczasowiczach.  Ja tak właśnie wylądowałem i widząc szereg tablic z napisem: Wolne pokoje od razu dałem sobie spokój. Kwaterę znalazłem bez trudu, niestety, moje ładne oczy tym razem nie zadziałały bo właścicielka, nawet dla strudzonego drogą samotnego rowerzysty nie spuściła ani grosza z ceny. G**no ją to obchodziło. Ja w zamian wykorzystałem lokum na maksa ładując do pełna wszystkie elektroniczne zabawki i do późna w nocy oglądając jakiś tam film w telewizji.


Plan na kolejny dzień ? Na początek zdobyć górę na której stoi kościółek Wang w Karpaczu. Po krótkim zjeździe do głównej drogi rozpoczyna się mozolna wspinaczka. Cały czas w górę, momentami niewielkie wypłaszczenia dla złapania oddechu. Mijam hotel Gołębiewski, a kilka zakrętów dalej ten sam hotel obserwuję już z góry ;-) W moim wysiłku nie jestem sam. Niektórzy przechodnie patrzą na mnie z podziwem ... a może litością ?  Ostatnie kilkaset metrów to prawdziwa ściana płaczu. Kto był ten wie. Pokonuję ją już na nogach pchając rower.

 Hotel Gołębiewski

Kościółek Wang w Karpaczu Górnym, 885 m n.p.m. Nazwa wywodzi się od miejscowości w południowej Norwegii - skąd pochodzi świątynia.  Dzięki staraniom hrabiny Fryderyki von Reden obiekt w XIX wieku przeniesiono na obecne miejsce. Uroczyste poświęcenie odbyło się 28 lipca 1844 roku.

W drodze powrotnej, zjeżdżając w dół, upewniam się w przeświadczeniu, że był to jak dotychczas najbardziej stromy, pokonany przeze mnie podjazd. Gdyby nie serpentyny, blokujący mnie autobus i jakby nie patrzeć obszar zabudowany, bez problemu osiągnął bym rekordową prędkość. Siła grawitacji i masa całego zestawu robią swoje. Każdorazowe odpuszczenie hamulców skutkuje błyskawicznym nabieraniem prędkości. Na samym dole zatrzymuję się na chwilę i zbliżam rękę do przedniej tarczy hamulcowej. Bije od niej nieprawdopodobny żar, taki, że mógłbym nią sobie wyprasować spodnie w kant :-) Pojawiło się też dziwne cykanie z okolic tylnego koła - początkowo podejrzewałem o to właśnie biedne hamulce, ale wkrótce okaże się, że przyczyną jest coś zupełnie innego. 

Dalsza część trasy przebiega już bez "zakłóceń". W dalszym ciągu kieruję się na wschód. Najbliższy cel to Góry Sowie leżące na przedpolu Kotliny Kłodzkiej. Droga cały czas wije się na przemian w górę i w dół, jednak po Karpaczu nie robi to na mnie większego wrażenia. Wczesnym popołudniem melduję się na miejscu. 

Chciałem co nie co "liznąć" tajemniczych podziemi kompleksu Riese. Wybór padł na Osówkę.

To, czy zwiedzę "podziemne miasto" tradycyjnie już zależne było od tego, czy uda mi się zostawić rower w bezpiecznym miejscu czy nie. W takich sytuacjach zawsze muszę czuć się w miarę pewnie. Młody chłopak sprzedający bilety zgodził się by pod moją nieobecność zatroszczyć się osiołkiem.
Dobry przewodnik to połowa sukcesu. Niestety ten z Osówki, nie wiem jak innym, ale mnie jakoś nie przypadł do gustu. Mówił zdecydowanie za szybko, mało wyraźnie i bez charakterystycznej pasji w głosie.

Osówka. Na ścianach i stropie do dziś można zobaczyć oryginalne deski szalunkowe.

Jedno z wejść do Osówki. 

Przed wyjazdem zawsze dużo czytam o regionie do którego się wybieram. Wyszukuję ciekawostki, warte przytoczenia historie czy po prostu ładne przyrodniczo miejsca. W Górach Sowich takim miejscem nr. 1 jest oczywiście kompleks Riese (Olbrzym) - to nie ulega wątpliwości.
Mnie, nie wiedzieć czemu, najbardziej zainteresował, nie labirynt podziemnych korytarzy, nie obiekty naziemne, a ... materiał z którego to wszystko wybudowano. O co chodzi ??? Już tłumaczę.  Na potrzeby budowy Niemcy zgromadzili ogromne ilości materiałów budowlanych, głównie właśnie cementu. Według różnych szacunków zaraz po wojnie w tym lesie zalegało 2 miliony worków !!! Świadczy to o skali przedsięwzięcia jakim było Riese. Do dziś w formie skamieliny pozostało jakieś 100 tysięcy. I choć to tylko zwykły cement, zapragnęło mi się to miejsce zobaczyć. Jest tylko jeden problem - jak w nie małym przecież lesie odnaleźć to miejsce ?
O wielkie cementowe składowisko zapytałem jako pierwszych ludzi z Osówki. 

- Przecież u nas leży ... przed wejściem ... idź zobacz ... odpowiedział jeden z nich wskazując jednocześnie ręką.
Faktycznie, przed wejściem leżały trzy czy cztery skamieniałe wory, w tym jeden przełamany na pół.

- Ale ja bym chciał zobaczyć więcej tych worów. Gdzieś w tym lesie podobno leży tego bardzo dużo - odpowiedziałem z nutką niezadowolenia z widoku jaki mi wskazali.

- A leżą, leżą ... Ale to po drugiej stronie góry, przy Włodarzu ... Po czym pokazali mi leśną drogę stromo pnącą się ku górze.

- Tędy musisz jechać ... pod górę. Dojedziesz do rozjazdu, będzie w prawo i w lewo - ty musisz dać w lewo, później już caaały czas prosto. - Droga cię zaprowadzi, ale ... w tym momencie spojrzał na cały mój majdan ... z tym to będzie ci ciężko. - Gdybyś był wcześniej to zostawiłbyś u nas te toboły, ale teraz nie da rady. - Za godzinę kończymy, ostatnia grupa wchodzi i fajrant.  

Droga wydawała się prosta, do wieczora jest jeszcze ładnych kilka godzin.  Jadę !!!... Niestety moi rozmówcy nie potrafili choćby w przybliżeniu określić odległości jaką muszę przebyć by dotrzeć do worów. Początkowo szło dobrze, jednak z każdą kolejną godziną, z każdym mijanym leśnym rozjazdem moje nadzieje na odnalezienie betonowego składowiska malały. A może trzeba było gdzieś wcześniej skręcić ? A może już to miejsce dawno minąłem ? - las to las, łatwo się zgubić. Wątpliwości było coraz więcej. Całkiem przypadkiem natrafiam na wymalowane na drzewach znaki z napisem RIESE informujące o ukrytych w lesie obiektach. To daje mi nową nadzieję, być może żółte znaki doprowadzą mnie w końcu do celu. Tym sposobem odkryłem kilka tajemniczych budowli, ale po worach ani śladu. 

 
 
 
 Dookoła są dziesiątki podobnych obiektów, niestety do dziś nie udało się ustalić ich przeznaczenia. Jedno jest pewne. One wszystkie miały służyć jako zaplecze do tego co pod ziemią. Może kiedyś, w archiwum niemieckim lub rosyjskim, ktoś odnajdzie dokumenty na ten temat i wszystko się wyjaśni. Na razie możemy snuć jedynie domysły.

 

Słońce coraz niżej i niestety jestem zmuszony się poddać. Nie chcę zostać tu na noc. Z lasu wyjeżdżam w miejscowości Jugowice tuż koło Włodarza. Jestem zniechęcony i wściekły zarazem. Nie mogę w to uwierzyć ! Te cholerne wory gdzieś tu leżą, a ja nie mogę ich odnaleźć. Już we wsi, po raz ostatni postanawiam zapytać o to. Napotkany człowiek potwierdza, że tak ... to tu. Tu blisko ... , ale nie jest w stanie w wystarczająco dla mnie jasny sposób wytłumaczyć jak tam dojechać. Odpuszczam - zrobiłem wszystko... pomimo tak długich poszukiwań, po raz pierwszy podczas tej wyprawy nie udało mi się trafić do zamierzonego celu. 
Dzienny licznik przejechanych kilometrów wskazuje cyfrę 90. Do zachodu jeszcze jest czas. Postanawiam pojechać jeszcze trochę, niech chociaż dystans będzie trzycyfrowy. 

Do udanych tego dnia zaliczyć nie mogę, ale z noclegiem tym razem się powiodło. Pierwsze napotkane małżeństwo, pierwsze podwórko i ... chyba się zgodzą. Pani Irena nie chce sama podejmować decyzji, biegnie po męża - po chwili zgodnie mnie zapraszają.  

- Kawa czy herbata ?... Matka ... leć zrób jakieś kanapki ... widzisz, że chłopak zmęczony ... 

Może i wyglądałem jak siedem nieszczęść, ale żeby od razu głodny to nieee ... 
Siedzimy na schodku przed wejściem, pada standardowy zestaw pytań: skąd - dokąd, a czy żonaty, a czy dzieciaty, a czemu tak sam ??? itp. Opowiadam jak to zjeździłem las w poszukiwaniu poniemieckiej sterty cementu ... i jak nie znalazłem ... Na te słowa pan Bogdan zostawia mnie w towarzystwie żony, a sam biegnie do garażu obok. Po chwili wyprowadza Toyotę i ...

- Choć ... pojedziemy - zwraca się do mnie przez uchyloną szybę. - Pokażę ci ... to tylko pięć kilometrów.

Kurtuazyjnie odmawiam, ale będąc postawionym przed faktem dokonanym i ... zapuszczonym silnikiem Toyoty - zgadzam się :-) Przy okazji dowiaduję się ciekawych rzeczy. Niemcy, naród niezwykle solidny, nie uznawali półśrodków, wszystko musiało być najlepsze. Na potrzeby budowy Olbrzyma specjalnie z Włoch sprowadzono najwyższej jakości cement. Ułożono go (rękoma przymusowych robotników) w pryzmach pod specjalnie do tego celu wybudowanymi wiatami. Tuż po wojnie, kiedy w kraju nastała nowa władza, jakiś geniusz nakazał te wiaty rozebrać. Na efekty nie trzeba było długo czekać - pogoda dość szybko zrobiła swoje. Oczywiście okoliczni mieszkańcy własnym sumptem przez lata "korzystali" z dobrodziejstw włoskiego cementu. Podobno jeszcze 20 lat po wojnie dało się ze środka wygrzebać nie do końca skamieniały beton. Po rozdrobnieniu nadal był lepszy od tego z GS-u - a przede wszystkim darmowy :-)

- Miało być blisko ... - stwierdzam widząc, że jak na pięć kilometrów to coś długo jedziemy, na co pan Bogdan z szelmowskim uśmiechem tylko machnął ręką.

Tak na moje oko wyszło jakieś drugie tyle jak nie dalej. Okazało się że ... jechałem tą drogą !!! Wystarczyło w odpowiednim momencie zerknąć w bok i dobrze się przyjrzeć. Zerkałem na boki, ale widocznie nie dość dokładnie wytężyłem wzrok. Na miejsce dotarliśmy o zmroku. Było już zbyt ciemno i zdjęcia wyszły jakie wyszły ... ale coś widać.

Niektórych może dziwić, że uparłem się na ten cement. Być może ściągnęły mnie tu cyfry. 2,000,000 (słownie: dwa miliony) worków. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to trudne do wyobrażenia. Jak wielkie finanse płynęły w budowę III Rzeszy ? Co miało z tego powstać ?... oprócz tego co powstało.

Do dziś pozostało ich sto tysięcy, co w dalszym ciągu jest cyfrą robiącą wrażenie.

 
 Większość "worków" jest mniej lub bardziej pokryta mchem, ale trafiają się i takie wyglądające idealnie - można by pomyśleć że za chwilę przyjdzie pomocnik murarza i je zabierze. Brakuje jedynie napisów.

Na usta ciśnie się pytanie: czemu ktoś z decydentów nie wpadł na pomysł by te ogromne ilości niewykorzystanego materiału zagospodarować w zniszczonym przecież kraju ?  Może dlatego, że zaraz po wojnie nie było wiadomo do kogo te ziemie będą przynależeć. Pierwszym formalnym potwierdzeniem międzypaństwowym ustalającym przebieg granicy na Odrze i Nysie był układ zgorzelecki z 6 lipca 1950 zawarty między PRL i NRD.  Cement niestety nie poczekał :-)

 Zabrałem kilka "kamyków" na pamiątkę.

Dosyć wrażeń na dziś, jak dotychczas to najbardziej intensywny dzień podczas tej podróży. Tymczasem po powrocie czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka. Przesympatyczna pani Irena przygotowała dla mnie pokoik twierdząc, że w namiocie nie wyśpię się zbyt dobrze. A poza tym dom duży - pokój i tak wolny - szkoda żeby się marnował. Zawsze w takich sytuacjach wzbraniam się odruchowo, nie chcę sprawiać problemów, ale żeby nie urazić gospodarzy, nie daję się długo namawiać. Jeszcze raz DZIĘKUJĘ :-)

 Państwo Irena i Bogdan z Jedliny Zdrój przyjęli mnie jak własnego syna, czym na zawsze zapisali się w moim prywatnym panteonie ludzi dobrej woli. 




Treść była ciekawa ? Podziel się:

6 komentarzy:

  1. fajna wycieczka...szkoda, że mam tak daleko w te rejony :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Osówkę muszę odwiedzić bo mnie prześladuje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajna wycieczka. Ale dlaczego nie posługiwałeś się mapą? Wystarczyło na nią nanieść koordynaty i po kłopocie.

    OdpowiedzUsuń
  4. To może podaj koordynaty GPS dla tych co nie chcą szukać 2 dni :) Chętnie bym też kiedyś się wybrał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @sebekb: info dla Ciebie i przy okazji wszystkich innych, którzy myślą podobnie. Nie posiadam koordynatów GPS bo i stosownego urządzenia GPS nie mam. Tam, w G Sowich jechałem tylko i wyłącznie na klasycznej, papierowej mapie i na czuja. W dodatku mało dokładnej bo w skali 1:225.000.

      Usuń

Dzięki za komentarz :-)
Uwaga ! Na blogu działa spamowstrzymywacz (spam = linki do stron komercyjnych, komentarze typu "wspaniała stronka, zajrzyj na moją WWW", zaproszenia do udziału w konkursie itp.).