Baner

Slideshow Image 1 Slideshow Image 2 Slideshow Image 3 slideshow slideshow slideshow slideshow
"Przygoda szuka tylko tych, którzy pozwalają ponieść się jej w bezkresną i niewiadomą dal..." - Karol Waszkiewicz

sobota, 18 kwietnia 2015

Projekt 500


Jak daleko da się zajechać o własnych siłach ? Gdzie jest granica pomiędzy przyjemnością, bólem i w końcu fizycznym wyczerpaniem ? Podobno w każdym z nas oprócz siły, tej z mięśni, drzemie jeszcze ta druga - siła psychiczna. Siła, która popchnie do przodu kiedy nogi przestaną już "podawać". Starzy rowerowi wyjadacze zwykli mawiać, że wszystko jest w głowie. Nawet najsilniejszy kolarz nie da rady, kiedy w chwili kryzysu jego psycha okaże się słaba.
Nie inaczej jest ze mną, zwykłym facetem po czterdziestce. Też jestem ciekaw (tym bardziej w tym wieku) na co mnie jeszcze stać, ile jestem wart. Pamiętam film "Czterdziestolatek" i scenę w której głównego bohatera inż. Karwowskiego (A. Kopiczyński) zabiera karetka do szpitala.
Projekt 500 to ambitny plan pokonania 500 kilometrów w trzy dni - oby nie zakończyło się to w szpitalu jak w przypadku Karwowskiego...

A wszystko zaczęło się od tego, że dostałem w pracy przymusowy urlop - o zgrozo w marcu. Znany jestem ze swojej niechęci do niskich temperatur i czerwonego (z zimna) nosa i normalnie o tej porze roku nawet nie spojrzałbym na rower. Na szczęście marcowa pogoda okazała się wyjątkowo łaskawa i po uprzednim sprawdzeniu prognoz na najbliższe trzy dni, słowo na fejsbuku się rzekło - JADĘ !!!

NIE MA JUŻ ODWROTU - I DOBRZE :-)

Start zaplanowałem na godzinę 3:00 rano w piątek poprzedzający palmową niedzielę. Cel: Stara Wieś pomiędzy Rzeszowem, a Sanokiem - 250 kilometrów do pokonania. To zaledwie połowa drogi bo w niedzielę wymyśliłem sobie, że (o ile dam radę) pokonam tę samą drogę z powrotem do domu - czyli w sumie 500 szalonych kilometrów. 

ZNAJOMI JUŻ NAWET NIE CHCĄ KOMENTOWAĆ MOICH WYCZYNÓW. Z ICH TWARZY MOGĘ WYCZYTAĆ JEDYNIE MYŚL - puśćcie wariata, niech sobie polata :-)

Pierwsze kilometry idą gładko, ale na początku zawsze jest gładko i miło. Postanowiłem, że postaram się utrzymać średnią prędkość na poziomie minimum 20 km/h. Jak uda mi się utrzymać takie tempo, to na miejscu będę nie licząc postojów po 12,5 godzinach.

  Jeszcze ciemno, a ja już w województwie świętokrzyskim. W dzień ma być ciepło, ale póki co temperatura nie przekracza kilku stopni powyżej zera.

Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów i mam średnią prawie 25 km/h, ale to nic nie znaczy, to dopiero początek. Najważniejsze w tak długiej trasie to jechać płynnie, nie szarpać się. Każdy zryw, próba podciągnięcia prędkości na podjeździe może skończyć się tym, że w dalszej części trasy po prostu padnę. Trzeba oszczędzać siły.

 65 kilometr trasy, Ostrowiec Świętokrzyski. Przy głównej trasie stoi wybudowany w zakopiańskim stylu kościół p.w. Najświętszego Serca Jezusowego.

Jest zimno, najbardziej marzną stopy i ręce. Rękawice niewiele pomagają, na szczęście słońce już jest na niebie, przypomniały mi się zimne poranki Toskanii. W Ostrowcu zauważyłem, że mój telefon z zimna prawie się rozładował. Do tej pory wiozłem go w wygodnej, ale narażonej na zimno kieszonce na pasku naramiennym. Od teraz trafił do cieplutkiej osłoniętej od wiatru kieszeni na plecach.

85 kilometr trasy. Opatów i Brama Warszawska wzniesiona w latach 1520-1530 z fundacji Krzysztofa Szydłowieckiego. Tu robię sobie pierwszy dłuższy postój połączony ze śniadaniem.

 103 kilometr trasy. Klimontów.

Wraz z nastaniem dnia i wzrostem temperatury, na krajowej 9 wzrasta też niestety ruch samochodowy. Najbardziej uciążliwe są rzecz jasna wszechobecne TIRY. Cóż, wiedziałem na co się piszę. Oczywiście mogłem wybrać lokalne drogi, ale nie wiem czy wtedy zdołałbym za jednym zamachem dojechać do celu. Raz, że wtedy droga jeszcze bardziej by się wydłużyła, dwa że klucząc bo jakichś zadupiach musiałbym nieustannie śledzić mapę, co przełożyłoby się na przymusowe przystanki, a więc i stratę czasu.

   Na 123 kilometrze trasy przekraczam Wisłę. Województwo podkarpackie wita. Jestem na półmetku i co było do przewidzenia, średnia prędkość powoli zaczyna spadać. Pojawiają się też pierwsze, delikatne oznaki zmęczenia. Na chwilę zatrzymuję się na środku mostu. Niesamowite jak bardzo cała  konstrukcja drży od ciężkich TIRÓW. Nigdy nie przeżyłem prawdziwego trzęsienia ziemi, te drgania na środku mostu dają wyobrażenie jak to jest.

162 kilometr trasy. Rynek w Kolbuszowej z okazałym aligatorem. Na niebie coraz więcej chmur, synoptycy przepowiadali, że po południu może coś popadać.

Jest godzina 12.00, dziewięć godzin od wyjazdu z Radomia. Jestem jakieś trzydzieści kilka kilometrów od Rzeszowa. Do celu pozostało niespełna 100 kilometrów. Do wieczora jeszcze sporo czasu, więc niespiesznie delektuję się atmosferą kolbuszowskiego rynku rozsiadając się na ławce. Na mapie wypatrzyłem korzystny skrót, który nie dość, że powinien nieco skrócić drogę do celu to jeszcze w ten sposób ominę Rzeszów, w którym zapewne też straciłbym trochę czasu. Jak się niedługo okaże, ta decyzja będzie fatalna w skutkach.

189 kilometr trasy. Oj cierpię, cierpię :-) 

"Lecę" teraz wygodną i mało ruchliwą szosą nr. 987 z Kolbuszowej do Sędziszowa Małopolskiego. Nareszcie mogę odpocząć od niebezpiecznych TIRÓW. Cel - Strzyżów i dalej Lutcza, gdzie znów wskoczę na krajową dziewiątkę i po kilku ostatnich kilometrach dotrę do mety. O ile droga do Sędziszowa upływa szybko i miło o tyle dalej zaczynają się schody. Jeszcze bardziej lokalne, pokręcone drogi nie ułatwiają nawigacji, a całości dopełnia kiepskie oznakowanie. Z pozoru niewielkie odcinki na mapie dłużą się niemiłosiernie, do tego stopnia, że jak dotychczas dobry czas, powoli przestaje być już taki dobry. Jakby tego było mało, lokalne drogi prowadzą tak, że chciał nie chciał muszę zaliczać wszystkie szczyty wzniesień, a tych na podkarpaciu nie brakuje. 
Zaczynam się obawiać, że nie dojadę przed nocą. Wizja pedałowania po zmroku chyba podziałała na mnie motywująco, bo na sam koniec cudownie odzyskałem siłę. To klasyczny przykład tego, co może zdziałać psychika.

Upragniona tego dnia meta.

Zieloną tablicę z napisem Stara Wieś minąłem dokładnie o 17.51. Po niespełna 15 godzinach jazdy i 255 kilometrach (mój nowy życiowy rekord) dotarłem do celu. Średnia prędkość jaką wskazał licznik to przyzwoite 21,8 km/h. Wychodzi więc, że łączna długość czasu przez jaki odpoczywałem to ponad 3 godziny. W trakcie tych odpoczynków pochłonąłem w sumie 3/4 bochenka chleba, opakowanie łososia norweskiego w plastrach, dwie makrele w puszce, poprawiłem czekoladą i wypiłem w sumie 5 półlitrowych bidonów wody z magnezem i multiwitaminą.

Pierwotnie mój szalony plan zakładał, że wracam już na drugi dzień, czyli kolejne 250 km. Teraz jednak wiem, że byłoby to niewykonalne, przynajmniej dla mnie. Następnego dnia rano byłem tak obolały, że o jakiejkolwiek jeździe nie byłoby mowy. Najbardziej bolał oczywiście tyłek i kolana. Ciężko było mi wykonać jeden przysiad.

   Bazylika Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Starej Wsi.

Początkowo nieciekawe samopoczucie i wstręt do roweru szybko ustąpiły. Z każdą kolejną godziną czułem się coraz lepiej, do tego stopnia, że w sobotę po południu wybrałem się nawet na małą objazdówkę po okolicy.

W Brzozowie trafiłem na diecezjalne dni młodzieży.

Objazdówka objazdówką, ale trzeba było podjąć jakąś sensowną decyzję co do powrotu. Po sprawdzeniu  prognoz na niedzielę wymiękłem niestety i kupiłem bilet. Wprawdzie deszczu nie zapowiadali, ale miało być o wiele zimniej niż pierwszego dnia, stąd moja decyzja.

Później siedząc już w miękkim autokarowym fotelu żałowałem troszkę swojej decyzji, bo pogoda przynajmniej przez szybę wydawała się ładna. Cóż, co się stało to się stało, ale jak znam siebie to jeszcze się na podobny projekt porwę, BO LUBIĘ WYZWANIA.

Podsumowując, przez trzy dni pedałowania nakręciłem 329 kilometrów z czego pierwszego dnia poprawiłem swój życiowy rekord  (255 km) i z tego się cieszę. 
Projekt 500 powinien się zatem nazywać nie 500, a 300, ale postanowiłem zostawić pierwotny tytuł. PIĘĆSET ładniej brzmi :-)))


Treść była ciekawa ? Podziel się:

5 komentarzy:

  1. No nieźle. Sam jeszcze nie przejechałem 200 km, ale jak Ty możesz to ja też sobie poradzę. Kiedy przejechałeś swoje 200 km? Czy robiłeś to stopniowo, jadąc na początku po 120, 140, 160, 180 km?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli nie jesteś jakiś bardzo zapuszczony fizycznie i regularnie jeździsz na rowerze to jasne, że dasz radę. Ja swoje 255 km zrobiłem świeżo po zimie w marcu, a w zimie nie jeżdżę. Wcześniej tego roku miałem najechane może ze 200 kilometrów w sumie - dojazdy do pracy, przejażdżki itp. Jakoś specjalnie się nie przygotowywałem - ot wsiadłem i przejechałem. Dużo zależy od psychiki, nastawienia, że muszę przejechać. Stopniowanie 120, 140, 160 itd. bardziej jest wskazane dla kogoś właśnie takiego zapuszczonego, kto nigdy wcześniej nie uprawiał żadnej aktywności. Ważna jest siła w nogach, ale i zahartowany tyłek (wskazane spodenki z wkładką na taką drogę) bo jak nie masz zahartowanego tyłka to też będzie ciężko. Dlatego właśnie wskazane jest ogólne rozjeżdżenie.

      Usuń
  2. Czesc Pawel. Ladny rekordzik - gratuluje.
    Ja do niedawna jeszcze tez bylem za pobijaniem coraz to nowych rekordow, ale troche mi sie odmienilo wszystko po ostatniej wyprawie.
    Oswiecilo mnie, ze zaczynam coraz bardziej patrzyc na cyferki na liczniku a coraz mniej na to co widze dookola jadac rowerem. Coraz mniej czerpalem z tego co kocham - z jazdy na rowerze a coraz bardziej liczyly sie osiagniecia.
    Otrzasnalem sie dzieki kilku faktom zaistanialym ostatnimi czasy i doszlo do mnie, ze to jest zwyczajnie chore. To po prostu nie ma sensu - przynajmniej dla mnie.
    Postanowilem wyluzowac i sprobowac znowu cieszyc sie tym, co jest istotne - wiatrem we... tzn wiatrem w bandanie bo wlosow nie posiadam, widokami, spotkaniami z ludzmi, zwiedzaniem ciekawych miejsc itd i samym pedalowaniem.
    Moze to starosc... :)
    BTW eliksir na kolana dal rade - na wyprawie nie mialem klopotow ze stawami. Niestety zlapalem uraz miesnia, ale na to swinskie nozki juz niestety nie dzialaja :)
    Pozdrowionka z Krakowa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marcin to nie tak. Ja nie tylko dla cyferek jeżdżę. Teraz właśnie głównie na sakwiarstwo się przerzuciłem. Nie powiem, lubiłem i myślę że nadal lubię się ścigać. Tyle tylko, że na chwilę obecną obowiązki uniemożliwiają mi zachowanie wystarczająco dobrej formy żeby móc nawiązać walkę w stawce, a ostatni przyjeżdżać na metę nie lubię. Tak więc na razie byłem zmuszony swoje sportowe ambicje odstawić w kąt.
      Jeżeli chodzi o ten konkretny rekord to też nie jest tak, że na co dzień sobie takie organizuje. Poprzednią moją życiówkę (229 km) ustanowiłem jakieś 10 lat temu ! Czasem wpada mi do głowy taki szalony pomysł i tyle, lubię się sprawdzić :-)

      Usuń
    2. Nie chcialem powiedziec, ze tak jezdzisz. Ot, po prostu takie zwierzenie mi sie wyprodukowalo, bo faktycznie sam u siebie zobaczylem coraz wieksze zainteresowanie przejechanymi kilometrami. No i wzielo mnie na refleksje :)

      Usuń

Dzięki za komentarz :-)
Uwaga ! Na blogu działa spamowstrzymywacz (spam = linki do stron komercyjnych, komentarze typu "wspaniała stronka, zajrzyj na moją WWW", zaproszenia do udziału w konkursie itp.).