Baner

Slideshow Image 1 Slideshow Image 2 Slideshow Image 3 slideshow slideshow slideshow slideshow
"Przygoda szuka tylko tych, którzy pozwalają ponieść się jej w bezkresną i niewiadomą dal..." - Karol Waszkiewicz

poniedziałek, 9 lutego 2015

Bieszczady zimą, czyli w co się bawię jak nie jeżdżę na rowerze.


Przyzwyczajony do codziennej letniej aktywności w postaci roweru, zimą nudzę się jak przysłowiowy mops. Wyjdę co prawda czasem z dzieckiem na sanki, do sklepu czy "pobiegam" po kanałach (telewizyjnych), ale przecież to nie to samo. Siedzący tryb życia wyraźnie mi nie służy, lubię jak coś się dzieje, ale niestety w zimie niewiele się dzieje. Mój rower stoi sobie oczywiście zwarty i gotowy w każdej chwili, ale w kwestii jazdy zimą pozostaję niezmiennie konserwatywny. Nigdy nie jeździłem, nie jeżdżę i raczej nie będę jeździł. Zresztą pisałem już o tym tutaj i nie ma sensu się powtarzać.
Siedząc tak i nudząc się, wymyślam sobie różne inne aktywności i tak na ten przykład wymyśliłem sobie, że będę zdobywał górskie szczyty. Tak się składa, że pomysł nie jest nowy, bo co roku sobie to obiecywałem i co roku nic z tych planów nie wychodziło.  DO TERAZ.

Tym razem za sprawą Łukasza z Tarnowa mój coroczny plan nabrał rumieńców. Łukasz - uczestnik rowerowej TOSKANII 2014 ku mojej uciesze wyraził żywe zainteresowanie zimowym wyjazdem w góry. Ze względu na nasze zerowe doświadczenie wybraliśmy najłagodniejsze i zarazem najbardziej klimatyczne góry, czyli Bieszczady. Cieszyliśmy się z wyjazdu, bo w telewizorze mówili, że w ten weekend ma sypnąć śniegiem. Bardzo dobrze, niech sypie do woli, ma być biało i po pas :-) Inaczej sobie gór nie wyobrażam.

Wyjazd zaplanowałem na godzinę 3 rano w sobotę, tak by swobodnie dotrzeć na miejsce na powiedzmy godzinę 8 i zdążyć "zaliczyć" tego dnia jakiś szlak. Niestety rzeczywistość okazała się inna. Kiedy tego dnia rano zobaczyłem co dzieje się za oknem wiedziałem, że nie będzie lekko. Zapowiadane w górach opady rozrosły się na znaczną część kraju. Za oknem było biało i cały czas sypał gęsty śnieg.

Ładna jazda mnie czeka, to na tą godzinę 8 raczej nie dojedziemy...

Za cel obrałem Ustrzyki Górne. Tak jak przypuszczałem, jechało się fatalnie, im dalej na południe tym bardziej biało. Godziny mijały jedna za drugą: 7...8...9... Już w Bieszczadach drogi były tak białe, że momentami miałem problem z rozpoznaniem gdzie kończy się asfalt, a zaczyna pobocze i rów. Wszystko to było równiutko przykryte białym puchem. ...10...11...12... przed Cisną na niewielkim podjeździe czerwona strzała ostatecznie stanęła buksując w miejscu. Ten sam problem miało kilku innych kierowców.

Czerwona strzała w akcji. Tu droga jeszcze przejezdna...

Na dodatek na tym nieszczęsnym podjeździe zauważyłem, że silnik podejrzanie "złapał temperaturę". Co się dzieje ??? Szybkie oględziny i wszystko jasne. Przyczyna okazała się banalnie prosta. Cały ten syf z drogi w postaci soli, błota pośniegowego i śniegu szczelnie zakleił wszystkie otwory wlotowe przed chłodnicą. Oczyściłem wszystko starannie i chłodzenie wróciło do normy. 
Cofnęliśmy się kilkaset metrów wstecz i przy kolejnej próbie podjazd przed Cisną został pokonany.  Radość jednak nie trwała długo. Kilka kilometrów przed Ustrzykami droga była już tak zawiana, że o dalszej jeździe nie było mowy. Przejechać nie dała rady nawet Toyota Rav 4 z napędem na cztery koła, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że ja nie mam co próbować.
Poczuciem humoru wykazał się Hołowczyc z nawigacji. Kiedy tak siedzieliśmy w zakopanym aucie rozmyślając co dalej, ten nagle, jakby chcąc nas podnieść na duchu wygłosił regułkę:

- siedem kilometrów..., pięć minut do celu...

Hołek tym stwierdzeniem szczerze nas rozbawił. Staliśmy w szczerym polu, pięć minut od Ustrzyk !!! Tak blisko !!!
Koniec końców pomogliśmy załodze z Toyoty zawrócić, potem w podzięce oni pomogli nam i tak wróciliśmy do Wetliny.

 Nocleg w Wetlinie.

Na kwaterze zameldowaliśmy się około godziny 14. Dzień całkowicie stracony, za dwie godziny będzie ciemno. Mimo to na szybko pojechaliśmy jeszcze w teren trochę się poszwendać po lesie. Na tę chwilę ze względu na niemożność dojechania do pierwotnego celu, byliśmy zmuszeni porzucić myśl o Tarnicy. 

Sino-szare ciężkie niebo, wieczór pierwszego dnia. Jedyna nadzieja, aby wyjść z twarzą z tej wycieczki to dzień jutrzejszy. Oby był bardziej udany.


Matka natura poskąpiła nam soboty, ale za to w niedzielę pokazała na co ją stać. Pogoda była wymarzona: piękne słońce, a na błękitnym niebie ani jednej chmurki. To nie koniec dobrych wieści ! Bieszczadzcy drogowcy stanęli na wysokości zadania i droga do Ustrzyk Górnych jest już przejezdna.

W stronę Tarnicy, najwyższego szczytu Bieszczad (1346 m.n.p.m.) wyruszyliśmy z Wołosatego dokładnie o godzinie 7:30. Czas przejścia wskazywał, że na szczycie mamy być około 10. Wiedzieliśmy, że dla nas to tylko orientacyjny czas. Ani ja ani Łukasz wcześniej nie byliśmy zimą w górach i tak naprawdę nie wiedzieliśmy czego się spodziewać.   
   
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Na półmetku szlaku na Tarnicę okazało się, że mimo niełatwego marszu mamy całkiem niezły czas. Byłby do końca niezły, gdyby nie bajkowe, zimowe widoki, które nie pozwalały przejść obojętnie. Aparat fotograficzny oczywiście miałem i ani razu nie zawahałem się go użyć. Wy teraz za karę musicie te wszystkie zdjęcia oglądać :-)

Tarnicę już widać :-)

 
 
 
 
 
 

 W ostatniej fazie wspinaczki zapadaliśmy się momentami po uda.

...jest i Ona - Tarnica 1346 m.n.p.m. Najwyższy bieszczadzki szczyt zdobyty.

 
Gdyby nie inna dwuosobowa ekipa, która dotarła tu przed nami, mielibyśmy szczyt do wyłącznej dyspozycji i byli pierwsi tego dnia. Wszyscy Ci, którzy nie przepadają za tłumami na szlaku i na szczycie powinni się wybrać w Bieszczady w terminie zimowym.

Bukowe Berdo. Widok ze szlaku Tarnica - Ustrzyki Górne.

 
Zwykłe drewniane tyczki średnicy kilku centymetrów pod wpływem wiatru i śniegu zmieniły się w imponującą, naturalną rzeźbę.

 
 

Śnieg sam sobie pod wpływem wiatru również potrafi przybrać fantastyczne formy.

 


 
Przejście całego szlaku zajęło nam 5,5 godziny. Do Ustrzyk Górnych zeszliśmy dokładnie o 13.00. Czas dobry, ale o tej porze roku należy pamiętać o szybko zapadającym zmroku. O godzinie 15-16 już robi się ciemno.

Zimowe góry to dla mnie nowość, dlatego przed wyjazdem trochę poczytałem mądrych informacji na temat tego co ze sobą zabrać na krótkie kilkugodzinne wędrówki. Oto co wymieniali internauci i w co również ja się zaopatrzyłem:

  • termos z gorącą herbatą - już z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że chce się pić. To nie letnie upały, ale ciężki marsz, śniegowe zaspy itp. robią swoje, organizm (przynajmniej mój) szybko się odwadnia. 
  • czekolada - nie zaciąży, a na przełęczy z przyjemnością uzupełnisz kalorie. Oprócz czekolady jak najbardziej można, a nawet trzeba zabrać coś jeszcze do zjedzenia, tak na wszelki wypadek.
  • stuptuty - gdyby mnie ktoś zapytał miesiąc temu co to są stuptuty - nie wiedziałbym. Dziś już wiem i nie wyobrażam sobie wypadu w góry bez nich.  Zimą na szlaku mają je wszyscy. Widziałem młodego chłopaka w dżinsach, nie miał stuptutów. Zaszedł już dość wysoko, nogawki od kolan w dół miał całkowicie przemoczone, w butach pewnie podobnie. Wątpliwa przyjemność i prosta droga do przeziębienia.
  • mapa + kompas - poruszając się po wyznaczonych szlakach, przy dobrej pogodzie raczej nie będą potrzebne, ale bez wątpienia warto je mieć.
  • telefon komórkowy (naładowany) - o tym że telefon potrafi uratować życie chyba nikogo przekonywać nie muszę. Bieszczadzka grupa GOPR - tel. 985 lub 601 100 300. 
  • latarka - najlepiej czołówka + zapasowe baterie.
  • rakiety śniegowe + kijki trekingowe - bardzo pomocny zestaw, choć akurat my tego nie mieliśmy.
  • towarzystwo - w zimie najlepiej poruszać się w grupie, minimum dwie osoby bo milej i przede wszystkim bezpieczniej.
Z pozoru łagodne Bieszczady należy traktować jak każde inne (wyższe) góry, które zimą mogą być niebezpieczne. Zagrożenie lawinowe jest tu tak samo realne jak gdzie indziej. Aktualny stan najlepiej sprawdzać na stronie bieszczadzkiego GOPRU http://www.gopr.pl/lawiny/bieszczady



Treść była ciekawa ? Podziel się:

3 komentarze:

  1. Byłam w maju widoki z Tarnicy cudowne,całe Bieszczady nas urzekały

    OdpowiedzUsuń
  2. A mam takie pytanie zimowe: czy widziałeś w okolicach Wetliny, żeby ktoś przyjechał wtedy takim małym autkiem (typu toyota aygo, citroen ci) z napędem tylko na przednie koła? Wiesz, samochód typu "człowiek obudowany blachą" ;) Bo ja właśnie takim dysponuję i bardzo chciałabym po świętach jechać nim do Wetliny. I zastanawiam się, czy czasem nie zwariowałam już na dobre ;) Twoje piękne zdjęcia zachęcają, by jednak zmierzyć się z wariactwem ;) Dzięki za podzielenie się doświadczeniem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, powiem tak, zwariowałeś już na dobre :D ... i usłyszysz to jeszcze zapewne od innych, ale... nie przejmuj się tym. Jedź !!! i nie zastanawiaj się !!! Mój samochód też ma napęd tylko na przednią oś. To, że Twój jest mały nie ma znaczenia, a nawet wydaje mi się, może być zaletą, bo jest lekki i nie będzie się łatwo zakopywał. Oczywiście porządne zimowe opony to podstawa. Pomyślałbym też o łańcuchach na koła bo jeżeli traficie na podobne warunki co my, to przydadzą się na 1000 %. Wrzuć też do bagażnika saperkę - może się przydać.

      Gospodarz u którego się wtedy zatrzymaliśmy mówił nam, że jeżeli w Bieszczadach sypie śnieg, to na ogół wszystko działa na zasadzie przeczekania. Nawet pługi wtedy nie jeżdżą, bo nie ma to sensu. Dopiero gdy opady ustaną, drogi są odśnieżane. I dokładnie tak było wtedy kiedy my byliśmy.

      Dobrze się przygotuj do wyprawy i wszystko będzie ok. Powodzenia :-)

      Usuń

Dzięki za komentarz :-)
Uwaga ! Na blogu działa spamowstrzymywacz (spam = linki do stron komercyjnych, komentarze typu "wspaniała stronka, zajrzyj na moją WWW", zaproszenia do udziału w konkursie itp.).