Baner

Slideshow Image 1 Slideshow Image 2 Slideshow Image 3 slideshow slideshow slideshow slideshow
"Przygoda szuka tylko tych, którzy pozwalają ponieść się jej w bezkresną i niewiadomą dal..." - Karol Waszkiewicz

środa, 26 listopada 2014

Siena i nadgorliwy kościelny...


Siedzę na przykościelnym parkingu na wylotówce w jakiejś dziurze. Siedzę i oczom własnym nie wierzę. Ulicą co chwila jadą kolarze..., tacy zwykli - amatorzy, ale na kolarkach i w kolorowych strojach. Przekrój wiekowy ogromny, jadą w kilkuosobowych grupkach, jak i samotnie. Niby nic, w końcu u nas też czasem jadą..., ale kiedy mija 10...20...30 minuta, a Ci dalej jadą i to w nie mniejszym natężeniu, zaczynam się dziwić coraz bardziej. Nie wygląda mi to na zorganizowaną grupę czy jakiś klub kolarski. Ot zwykli, przypadkowi ludzie, którzy postanowili pojeździć w ten słoneczny, niedzielny poranek.
Konsumowaliśmy śniadanie, nie wiem ile to w sumie trwało, ani nie liczyłem przejeżdżających rowerzystów, ale od pierwszej minuty do samego końca, Oni cały czas jechali... W odstępach kilku-kilkudziesięciosekundowych cały czas ktoś nas mijał.
Nie wiem jak gdzie indziej w Polsce, ale u mnie w Radomiu - 220 tysięcznej dziurze, takiej frekwencji wśród amatorów nie widziałem nigdy i pewnie nie zobaczę. Pogratulować Włochom zapału do jazdy na rowerze, a Polakom życzyć by zamiast zapijać smutki, mieli podobną pasję.

Wiele miasteczek, jeszcze więcej uliczek, wspaniałe kościoły, niektóre mega wielkie, mnóstwo widoków. Wszystko to piękne i cenne historycznie, ale i do siebie podobne. Chyba zaczynam odczuwać, może nie tyle zmęczenie, co znudzenie tym wszystkim. Nie wiem czy to ja się tak szybko nudzę, czy może Pitigliano i Bagnoregio podniosły na tyle wysoko poprzeczkę, że po nich inne miejsca zwyczajnie wydają mi się nudne. Jest fajnie, nie powiem i nie żebym chciał już wracać , ale zdecydowanie pierwsze "ŁAŁ" minęło.

Przed nami Siena, 50-tysięczne miasto słynące przede wszystkim z wyścigów konnych odbywających  się na Piazza del Campo. Robimy niewielkie zakupy w sieneńskim markecie i jedziemy zobaczyć stare miasto.  Wszędzie wąskie uliczki, niektóre bardzo strome, im bliżej centrum tym więcej ludzi. Wystarczy wczesać się w rzekę turystów, a oni sami zaprowadzą na główny plac. Piazza del Campo na żywo prezentuje się imponująco. To chyba największy rynek jaki w życiu widziałem. Jest ogromny - musi być, w końcu dwa razy do roku odbywają się tu gonitwy, a to nie byle co.

Drugim obowiązkowym punktem jest sieneńska katedra, która swoim ogromem i bogactwem zdobień sprawia, że nie sposób przejść obojętnie. Co ciekawe, obecny kształt to tylko zarys tego co miało powstać. W 1339 roku rozpoczęto prace nad rozbudową kościoła, który docelowo miał się stać transeptem nowej największej na świecie chrześcijańskiej świątyni. Niestety epidemia dżumy z 1348 roku zniweczyła te plany. W nieukończonych murach nowej nawy mieści się obecnie  Museo dell'Opera Metropolitana, a niedoszła fasada to taras widokowy.

Siena i jej bardzo strome uliczki.

  Sienę założyli synowie Remusa – Senio i Aschio, którzy uciekając przed Romulusem schronili się w górach i wznieśli zamek Senio. Herbem miasta stało się godło ich rodu – wilczyca karmiąca Romulusa i Remusa.

 Piazza del Campo w prawie całej okazałości. Prawie, bo całego nie sposób objąć no chyba, że z lotu ptaka, ale tak się składa, że tego dnia akurat nie dysponowałem prywatnym helikopterem :)

Kamienice wokół placu dość szczelnie go okalają tak, że można poczuć lekką klaustrofobię. 

 Plac najbardziej znany jest z odbywających się tu wyścigów konnych. Dwa razy do roku, 2 lipca i 16 sierpnia o godzinie 19 w szranki stają przedstawiciele sieneńskich dzielnic i choć sam wyścig jest krótki (tylko trzy okrążenia) to przyciąga każdego roku rzesze turystów.

Średniowieczni architekci ciekawie rozwiązali system odprowadzania wody, która trafia do jednego dużego kanału na samym dole skośnie opadającego placu. Dzięki temu podobno na Piazza del Campo nigdy nie zalega woda.

XII-wieczna katedra robi wrażenie, a biało-czarny marmur dzwonnicy fajnie kontrastuje z błękitem nieba. 

W krajobrazie Sieny zwraca uwagę jeszcze jedna bryła. Bazylika di San Domenico w tle, znana jest głównie z przechowywanej tu relikwii św. Katarzyny. W bocznej kaplicy możemy podziwiać najprawdziwszą....- głowę świętej. Doprawdy, dziwi odrobinę upodobanie średniowiecznych wiernych do ćwiartowania ciał. No bo ja rozumiem np: krew w formie relikwii czy jakaś cząstka, ale cała głowa  !!!???

Kiedy tam byliśmy, odbywała się właśnie msza. Chciałem skorzystać, ale ku mojemu zdziwieniu zostałem wyproszony na zewnątrz przez jakiegoś nadpobudliwego kościelnego. Fakt, nie byłem stosownie do sytuacji ubrany, ale też i nie pchałem się pod sam ołtarz - wybrałem chyba najciemniejszy kąt świątyni, jednak nie miało to znaczenia. Trochę to dziwne bo wewnątrz nie było tłumu wiernych, a zaledwie garstka. W takiej sytuacji powinno się raczej zapraszać potencjalnych chętnych zamiast ich wyganiać... Dziwna polityka.


Treść była ciekawa ? Podziel się:

4 komentarze:

  1. Mi Siena nie przypadla do gustu w ogole, mimo, ze bylem tam dwa razy. Przede wszystkim za duzo turystow. Podobnie jak np Florencja. Miasta wielkie i mocno turystyczne, gdzie nie ma juz klimatu malych, kameralnych miasteczek.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeżeli w okolicach Sieny byliście w dniach 2-4 października, to w tym czasie odbywał się rajd zabytkowych rowerów szosowych - Eroica. Startował w zlokalizowanym nieopodal Gaiole in Chianti, a uczestników było ok. 5 tysięcy (w tym i ja ;-)). Trasa rajdu prowadziła m.in. przez Sienę, co by mogło tłumaczyć zaibserwowany wzmożony ruch kolarski ;-) Ale nawet bez rajdu Toskania na brak kolarzy narzekać nie może. Trasa rajdu, oznakowana na stałe, stanowi swego rodzaju obowiązkowy punkt dla kolarzy nie tylko z Włoch. Ponad 200km, w połowie po pięknych, ale i wymagających, "strada bianca" - włoskich szutrach, wzgórzami (ponad 3km przewyższeń na trasie dają w kość, szczególnie na sztywnych przełożeniach szosowych), wśród winnic i przez piękne miasteczka...

    Poza tym Wasze zdjęcia z Toskanii znakomicie przywołują wspomnienia i nakręcają na powrót w tamte okolice :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie pamiętam gdzie to było dokładnie, nie zapisałem (bo najlepiej takie rzeczy od razu zapisywać). Na pewno gdzieś na południe od Sieny. Wiem, że to był 5 października (niedziela) ranek około godziny 9.00. Tego samego dnia dojechaliśmy do wspomnianej Sieny. Czy to byli uczestnicy rajdu ? Nie wiem. Oprócz tego, że to był 5, a nie 2-4 jak napisałeś, Gaiole in Chianti leży bardziej na północy. Ale jako ciekawostkę powiem Ci, że wszyscy oni bez wyjątku jechali właśnie na starych szosówkach :-) Nigdy czegoś takiego nie widziałem :-)

      Usuń
    2. Spojrzałem dokładnie w kalendarz - główny dzień rajdu to właśnie 5 października, przepraszam za pomyłkę ;-) Trasa rajdu biegłą właśnie na południe od Gaiole, nawet dość daleko, w końcu pętla nie była krótka. Byli więc to na 100% pasjonaci retroszosy :-) Z Gaiole główna grupa ruszała około 5 nad ranem, więc o 9 już mogli być dość daleko.

      Usuń

Dzięki za komentarz :-)
Uwaga ! Na blogu działa spamowstrzymywacz (spam = linki do stron komercyjnych, komentarze typu "wspaniała stronka, zajrzyj na moją WWW", zaproszenia do udziału w konkursie itp.).